|
|
Ślub i pogrzeb na Bali - Grudzień 1998
| Przyjechaliśmy na Bali w piątek, i od
początku naszego pobytu właściwie codziennie lało! Robotę jakoś
można było robić, ale wypoczywać nad basenem w strugach deszczu?
We wtorek, 22 grudnia - rozpogodziło się na szczęście, bo już myślałam
że ślub mojej szefowej Penny (ze szkoły w Jakarcie) będzie mokry.
Na szczęście tylko pod koniec ceremonii pokropiło co nieco, i dalej
już nie padało, choć słońca nie było - i dobrze, bo byśmy się na
dworze po prostu gotowali. W hotelu na skarpie (nota bene współwłaścicielami
są nauczyciele z naszej szkoły, a można go obejrzeć pod adresem
http://asiatravel.com/alamsari/index.html) |
|
| wybudowali jej z liści palmowych i bambusa
taki niby "ołtarz" na podwyższeniu, przy którym odbyła
się cała ceremonia, z księdzem protestanckim i potem z jakimiś oficjelami
i podpisami. |
|
|
| Nasz Budrys #2 czyli Tomek służył jako DORĘCZYCIEL
OBRĄCZEK, więc był niesamowicie przejęty, parę nocy prawie nie spał,
bojąc się że te obrączki zsuną się z poduszeczki. Tymczasem okazało
się, że ciotka Penny przywiązała je do poduszki, więc nie było obawy
że spadną - tylko że to zrobiła tak mocno, że w czasie najważniejszego
momentu Tomek nie mógł ich odwiązać!!!! Szarpał się z ta wstążką
jedną ręką (bo drugą trzymał poduszeczkę) aż mu wreszcie świadek
pomógł (bo było dwóch świadków on i "ona" - nasz szalenie
sympatyczny kolega z naszej szkoły) Wreszcie Tomek podał te obrączki
i ceremonia się dalej potoczyła.
|
| Na
"ołtarzu" stał telefon i trwała 30 minutowa rozmowa z
Południową Afryka, na drugim końcu była mama Penny męża, który ma
na imię CLINTON! he he he - szalenie sympatyczny człowiek. Podobno
jego rodzice nie mogli przyjechać w związku z problemami wizowymi.
Na zdjęciu widać jak wychodzą z "ołtarza" - popatrzcie
na te dwie małe dziewczynki, one przez 40 minut stały nieruchomo
ze złożonymi rączkami, aż mi ich było żal. Potem była cała impreza,
która trwała do 23.00. Na zdjęciu możecie zobaczyć gości w koszulach
batikowych - tutejszy zwyczaj nakazuje na oficjalne imprezy strój
wizytowy - albo garnitur, albo koszula batikowa z długim rękawem.
Więc na różnych ceremoniach można obejrzeć mężczyzn w kolorowych
bluzkach! Śmiesznie to nieraz wygląda.
|
|
|
|
| Na weselu bawiliśmy się nieźle, najpierw grała orkiestra
GAMELAN, która składa się z całej masy instrumentów perkusyjnych,
gongów, bambusowych piszczałek i ksylofonów wydobywających dźwieki
poprzez uderzenie młoteczkiem. Piotrek i Tomek umieją na takim czymś
grać, uczą się w szkole, ale ta umiejętność nic im nie daje, bo
żeby grać to trzeba mieć i instrument (ok. 1000$ za najmniejszy)
i 10 osób do grania! A muzykę z takiego gamelanu możecie usłyszeć
jako tło Reportażu o Buźce (wejście ze strony Radio
Podwórko). |
| Od
następnego dnia, czyli 23-go grudnia, dalej do roboty, choć przenieśliśmy
się z gór do naszego stałego hotelu nad morzem w miejscowości KUTA.
Wprawdzie w Wigilię i pierwszy dzień Świąt nic konkretnego nie robiliśmy,
to i tak nie wypoczęliśmy nad basenem, bo znów lalo jak z cebra
- pora deszczowa dobrze dała nam się we znaki. No a od niedzieli
czyli 26-go znów bylo masę roboty i załatwiania spraw biznesowych.
Odpoczynku więc było mało. |
|
| A
jeden raz pojechaliśmy na POGRZEB jakiejś królowej szczepu - co
to było za widowisko!!!!! Już trzy tygodnie wcześniej budowali ogromnego
BYKA w którym miało być spalone ciało, i ogromną WIEŻĘ ze 30 metrów
wysoką w której niesiono ciało na cmentarz. Na głównej ulicy odpięto
wszystkie poprzeczne kable, całe miasteczko bez prądu, bo inaczej
nie przenieśliby tych urządzeń. NIEŚLI je na ramionach - a każde
ważyło z tonę lub dwie. 2500 facetów ubranych w czarne koszulki
i w czarno-białych w kratkę "sarongach" (kawałkach materiału
upiętych jak spódnica na biodrach) na zmianę niosło tego byka i
wieżę chyba ze 400 metrów albo lepiej od miejsca "świątynia"
do miejsca "cmentarz". Świątynia owszem, ale cmentarz
niczego takiego nie przypominał. Zresztą na Bali jest zwyczaj, że
się od razu robi taki kremacyjny pogrzeb a jeśli kogoś nie stać,
to grzebią ciało na cmentarzu i potem łączą pogrzeb 2-4 osób, ekshumują
i urządzają kremację. A jeśli i tak rodzina nie może sobie na to
pozwolić, to co 5 lat odkopują wszystkich na "cmentarzu"
i palą wspólnie na kremacyjnym pogrzebie na koszt miasta czy wsi. |
| Na
zdjęciu widać ŻAŁOBNIKÓW którzy szli na czele konduktu żałobnego,
za nimi osobno kobiety z dziećmi, kobiety ubrane w odświętne sarongi
i bardzo ciasne koronkowe bluzki nałożone na coś, co chyba jest
jakąś "tubą" materiału obciskającą biust. Całość stwarza
wrażenie że baby ścisnęły się w pasie jak osy, a biusty im się górą
prawie wylewają. Do tego upinają sobie sztuczne KOKI na głowie,
więc szły takie wyfiukowane, na wysokich szpilkach (po miękkim asfalcie!)
w tych sarongach ciasno omotanych, że kroku powyżej 15 cm nie mogły
zrobić. Żałoba po zmarłej trwała już długo, więc cały pogrzeb nie
był smutnym wydarzeniem, nikt nie płakał. Wręcz przeciwnie, było
to raczej optymistyczne widowisko. |
|
|
|
| BYKA niesiono na ramionach, co jakiś czas KRĘCĄC nim
i potrząsając aby dusza po kremacji nie mogła znaleźć drogi powrotnej!
Wyobraźcie sobie kręcenie tym potworem ważącym paręset kilo, albo
i lepiej? (Andrzej twierdzi że to na pewno ważyło ponad tonę, naliczyliśmy
ok. 500 chłopa pod tym bykiem!) Co jakiś czas dochodzili do ustawionych
po drodze beczkowozów, z których polewano wodą chłopców niosących
tego byka, a przy okazji pryskając na gapiów, czyli na nas. |
| Potem
niesione były wieńce ze sztucznych kwiatów, tablice (kawał sklejki,
na której żywymi kwiatami układa się litery - albo "Życzymy
sukcesu z okazji otwarcia sklepu", albo "Wesołych Świąt",
albo "Na nową drogę życia" - albo "Ostatnie pożegnanie"
- coś osobliwego, bardzo często spotykanego w Indonezji) i następny
tłum czarnych koszulek - niosą PAGODĘ czyli tę wieżę, na której
znajduje się trumna z ciałem. |
|
|
|
| Zdjecie pokazuje jaka wielka była ta wieża, jak udekorowana,
właśnie tak samo jak te "tablice" - wszystko z kwiatów,
wstążek, drewna i bambusa. Na zdjeciu można zobaczyć wystającą trumnę
nakrytą białą szmatą mniej więcej w połowie wysokości tej wieży.
To wszystko znów niesione było przez mężczyzn. W pewnym momencie
wyglądało że ta wieża się po prostu przewróci, ale się tylko wygięła
niebezpiecznie, bo co chwila przystawali, kładli tę budowlę na ziemi,
zmieniali się, a jak podnosili to nierówno, więc ciągle na jedną
stronę była przechylona. |
| Wreszcie doszli do cmentarza, który w
ogóle nie wyglądał na cmentarz, jakieś otwarte budowle, pełno ludzi
(turystów, gapiów, my też!) łazi po klepisku, na którym ustawiono
tego byka i tę wieżę. |
|
| Po udekorowanych bambusowych schodach zniesiono trumnę
i przełożono ciało do byka, wypełniając całą przestrzeń jakimiś
belami materiału, które co raz to rozwijali, upychali w środku,
a ze środka wyjmowali jakieś naczynia z wodą, i czym jeszcze, wylewali
te płyny na klepisko, a naczynie tłukli o podstawę byka. Trwało
to dobrą godzinę, byliśmy juz kompletnie wykończeni tym marszem
za wieżą, przedzieraniem się przez tłum żeby cokolwiek zobaczyć,
że obeszliśmy sobie cały "cmentarz" czyli klepisko jakieś
50-100 m długie i szerokie (słabiutka jestem z oceniania odległości
i liczebności tłumu, który mnie się wydawał ogromny, ale Andrzej
mówi że może z 10,000 osób było, nie więcej) a po drugiej stronie
zobaczyliśmy drewniane ławy na których leżały DARY od rodzin, znajomych,
itp, to chyba były resztki po jakichś ceremonialnych ucztach, bo
wszystko było suche, zżółkłe, i przede wszystkim ŚMIERDZIAŁO zgnilizną,
jako że na stołach leżały resztki kur, prosiaków pieczonych, i innej
padliny. Brrrr.... fuj! A na byku nadal krzątanina, przynieśli jakieś
blachy, porozkładali pod brzuchem byka, potem jakieś krzaki, poobkładali
byka naokoło, potem jakieś torby "adidas" i inne plastikowe,
poukładali wokoło. I jakoś czekaliśmy na jakiś znak, na ceremonię,
a tu nagle patrzymy, a byk już się PALI! |
 |
Zapalili także tę pagodę, czyli wieżę, która w końcu
runęła w stronę tłumu gapiów, ale nikomu się nic nie stało. Obchodząc
palącego się byka naokoło - żar buchał niemiłosierny - zobaczyliśmy
mniejszego byka na boku tego klepiska, też się palił, więc to była
jakaś "wiązana" ceremonia, |
|
| ale tego mniejszego nikt nie niósł, nawet go do prawie
końca nie zauważyliśmy. A jak byk już się mocno palił, podeszli
dwaj i podparli mu głowę bambusowym drągiem, żeby nie odpadła. Blachy,
jak się okazało, były potrzebne do "łapania" wypadającego
ciała, które w końcu wypadło z brzucha byka na te blachy i tam się
chyba "smażyło" na popiół. Popioły wieczorem zawieziono
nad morze i wrzucono do wody. ( a to widzieliśmy z bliska w grudniu
2001 - przerażające widowisko! Zdjęć nie będzie, choć je mamy!)
Staliśmy tam na tym pogrzebie w pełnym słońcu kilka godzin, cykając
masę zdjęć, a wróciliśmy do hotelu kompletnie wykończeni, ale
zadowoleni że udało nam się trafić na tak okazałą ceremonię.
Buziaczki od Buźki
|
|